„Przychodzi inwestor do projektanta, czyli… wszyscy są zadowoleni.”

Część I

Pewnego dnia, Pani Iks zamarzyło się zamieszkanie wreszcie we własnym, skrojonym według własnych upodobań, potrzeb i marzeń, wolnostojącym domu jednorodzinnym… A, że dużo czytała i „często- gęsto” zasięgała opinii… zdecydowała się – prawie na 100% - na dom drewniany, konkretnie szkieletowy. Dowiedziała się, między innymi, że budowa trwa krótko, technologia jest ekologiczna, w domu panuje super klimat, ponieważ drewno jest bardzo przyjazne, dom szybko się ogrzewa… a poza tym cała Skandynawia i Ameryka Północna od lat tak buduje, a „oni” nie mogą się mylić przecież…

Od lat, wraz z mężem - Panem Iks, byli szczęśliwymi posiadaczami sporej działki w wiele mówiącej o urodzie tejże wsi - Żyć Wielka. Można powiedzieć więc, że „połowa sukcesu” całego planu już była zrealizowana, bo w końcu grunt to grunt.. Państwo Iks postanowili udać się do zachwalanego, stosunkowo niedrogiego i wyjątkowo sprawnego – rzekomo - projektanta, pana Ygreka.

Pani Iks umówiła się na spotkanie z panem Ygrekiem w jego biurze w piątek 13-go, w samo południe, z tolerancją do tzw. kwadransa akademickiego.

Byli punktualnie, a nawet 7 minut przed wyznaczoną godziną. Zostali miło przywitani przez asystentkę projektanta, a następnie zaproszeni do jego biura, gdzie czekała na nich bardzo wygodna kanapa. Natychmiast zaserwowano im wyjątkowo smaczne esspresso, które zostało podane w towarzystwie herbatniczków w polewie czekoladowej.

Pan projektant Ygrek serdecznie uścisnął dłonie, najpierw Pani Iks, następnie Panu Iks, po czym przystąpił do bardzo sumiennej „przepytywanki”, na okoliczność ich planów związanych z przyszłą inwestycją.

Na początek poszła kwestia powierzchni domu.

- Wie Pan… - powiedziała nieco niepewnie Pani Iks – to nie ma być nie wiadomo jak wielki dom… Przecież to tylko dla mnie i męża, no i oczywiście jak odwiedzą nas dzieci z wnuczętami - a już dorobiliśmy się piątki pociec i kto wie, czy na tym koniec… - muszą więc mieć swoje pokoje. Myśleliśmy z mężem o skromnych 140-150 metrach powierzchni użytkowej. Jak Pan myśli, czy to wystarczy?

- Przy tak licznej rodzinie nie ukrywam, że może być trochę ciasno. Ale nie wyprzedzajmy. Zobaczymy co da się zrobić. – powiedział Pan Ygrek i dopytywał dalej.

- A salon? Jakiej wielkości by Państwu odpowiadał? Ja myślę, że te 50-60m2 to takie optimum. No i co najmniej dwie, a jeszcze lepiej trzy łazienki… a jeśli nie pełnoprawne łazienki, to toalety nawet z najmniejszym prysznicem. Chodzi o to, żeby nie wchodzić sobie w drogę, bo wiadomo jak to jest kiedy zjedzie się rodzina. A jeszcze tyle wnucząt… - podsumował z lekkim zamyśleniem pan projektant.

- Ma Pan absolutną słuszność! – stanowczo zaznaczył swoją obecność i uczestnictwo w spotkaniu Pan Iks. - Z tymi łazienkami, to powiem Panu szczerze, że ja bym widział jedną w części wspólnej, jedną, dużą koniecznie przynależną do naszej małżeńskiej sypialni, wie Pan, takie jakby prywatne mini-SPA, czy jak to się mówi… pokój kąpielowy… Hehhheee… no i przydałaby się jeszcze jedna łazienka na piętrze, no bo kto by chciał w nocy, na małe siusiu po schodach chodzić…

- To jest bardzo susna koncepcja panie rezyseze! - że tak filmowo zażartuję… - z uśmiechem wyseplenił Pan Ygrek, przypominając, niestety chyba tylko sobie, jedną ze scen kultowego „MISIA”. – Proponuję, teraz już na serio serio, przejść do ilości sypialni. To ile? – zapytał, delikatnie mrużąc oko i jednocześnie marszcząc lewą brew.

Pani Iks, niby trochę przestraszona, a może tylko onieśmielona, odpowiedziała niepewnie
i jakby pytająco: - Myśli Pan, że pięć wystarczy?

- Wystarczy, jasne. Tylko pytanie: gdzie my je zmieścimy na tych ledwie stu pięćdziesięciu metrach? Sami Państwo widzicie, że potrzeby są jakie są i ja nie uważam, że jakoś przesadzone… Aaaaa… przecież nie mamy jeszcze omówionego wszystkiego. Dojdą inne pomieszczenia: jakiś kantorek na weki - hehhhehh, pralnia, kotłownia… To nam się robi minimum 180m2. Minimum!

- Tak, oczywiście! – po raz kolejny dał znać o swoim istnieniu Pan Iks.

… … …

Rozmowa trwała jeszcze kilkadziesiąt minut ale trzeba uczciwie przyznać, że pan projektant Ygrek wszystko skrupulatnie wynotował, a tam gdzie nie miał pewności, czy dobrze rozumie intencję - dopytał. Poruszył w zasadzie wszystkie możliwe tematy… a może i więcej (czym z pewnością zawstydziłby Chucka Norrisa, gdyby ten się dowiedział). Było i o stolarce okiennej, o parapetach, o drzwiach dwufunkcyjnych wejściowo-wyjściowych (tu pan projektant znów nie omieszkał zażartować sobie w charakterystycznym stylu cytując fragment skeczu jednego ze znanych kabaretów), było o pokryciu dachu, orynnowaniu, kominach, materiałach na elewacji… słowem: wszystko, a może i więcej!

Wykonał nawet wstępne szkice, które zrobiły wielkie wrażenie na przyszłych Inwestorach. Podczas rysowania bryły domu, pan Ygrek posługiwał się bardzo miękkim ołówkiem ze sprawnością godną najznamienitszych rysowników z nieodżałowanym śp. profesorem Wiktorem Zinem na czele… Szkice owe poprosił pan Ygrek natychmiast skserować swojej asystentce, a po Jej powrocie z pakietem kartek kopie schował do szuflady biurka, a oryginały umieścił w wiązanej na sznureczek kartonowej teczce z tłoczonym logotypem swojej pracowni i uniósłszy się nieco z fotela, trzymając oburącz, wręczył teczkę z namaszczeniem Pani Iks. Wzruszenie i radość jednocześnie, które wymalowały się na obliczu pani Inwestor były naprawdę bezcenne!

Następnie, jakby dla lekkiego uspokojenia tych emocji, pan Ygrek szybciutko przybliżył krótko historię firmy, wieloletnie doświadczenie oraz metody działania pracowni. Opowiedział o swoim portfolio projektowym, czym zaskarbił sobie jeszcze większe zaufanie, ponieważ Państwo Iks zobaczyli projekty iście przepiękne, które pan Ygrek niby od niechcenia i - zdawać by się mogło – zupełnie losowo ściągał z półek potężnego regału, który stał tuż za jego fotelem... Źrenice obojga Inwestorów powiększały się do rozmiaru pięciozłotówek, a pośród gestów podziwu, składanych dłoni, unoszenia ramion, dało się słychać charakterystyczne mlaskanie i chrząkanie…

- Jeeeejki, jakie to ładne! Piękne! I wszystko z takim smakiem i gustem! Pan jest geniuszem architektury! – niemal wykrzyknęła pani Iks.

- Heehhe… się skacze, się pływa… - że tak znowu filmowo zażartuję… - powiedział niby delikatnie zakłopotany pan projektant. – Ale dziękuję, dziękuję za docenienie. Mam nieodparte wręcz wrażenie graniczące z pewnością, że będzie się nam doskonale współpracowało! Już się cieszę na tę współpracę i gratuluję serdecznie Państwu i sobie!

Jakby tego wszystkiego, czym już zaskarbił sobie podziw pan projektant, było mało, na koniec rozmowy pan Ygrek zaproponował kompleksową obsługą polegającą na załatwieniu wszystkich formalności, w ramach udzielonego mu pełnomocnictwa, których zwieńczeniem będzie dostarczenie Państwu Iks prawomocnej decyzji o pozwoleniu budowlanym, wydanej przez wydział architektury starostwa powiatowego właściwego miejscowo dla wsi Żyć Wielka.

Pan Ygrek jednocześnie nie omieszkał uprzedzić Państwa Iks o smutnych realiach ubiegania się o pozwolenie na budowę. Uprzedzał, że może to trwać długo i trzeba być cierpliwym, że trzeba się liczyć z koniecznością dostarczania różnych dokumentów uzupełniających, że nigdy nie wiadomo do jakiego inspektora trafi dokumentacja, że trzeba „wycierać obcasy”, biegając od pokoju do pokoju po korytarzach urzędu… ale on to wszystko za nich załatwi. Cały wywód, wygłaszany tym razem na stojąco, podczas którego Pan Ygrek łapał już delikatny bezdech, został zwieńczony radosnym „będą Państwo zadowoleni!”, po czym opadł na swój już dość mocno wytarty, skórzany fotel. Po całej tej tyradzie wyjaśniania zawiłości związanych z procesem uzyskiwania pozwolenia na budowę, której Inwestorzy słuchali z iście zapartym tchem, Państwo Iks nagrodzili projektanta gromkimi oklaskami. No przecież nie można było inaczej!

Jakże szczęśliwi byli Państwo Iks! No bo tak… nie dość, że projektant „w lot łapie” ich intencje, co widać na przygotowanym odręcznie szkicu, to jeszcze sam od siebie koryguje, podpowiada, doradza, wymyśla… i to wszystko jest… w pakiecie wraz z pełną obsługą! Czy można wyobrazić sobie większą pełnię szczęścia? Pewnie można… ale ciężko.

Umowa o współpracy została przez Państwa Iks błyskawicznie przeanalizowana i podpisana. W przeciągu tygodnia miała zostać opracowana szczegółowa koncepcja domu, a po jej zatwierdzeniu przez zleceniodawców, finalny projekt miał powstać w przeciągu maksymalnie 1,5 miesiąca. Nie bez znaczenia był fakt, że cała obsługa miała kosztować zaledwie nieco ponad 10 tys. zł (czyli „jak za darmo”). Po podpisaniu jeszcze kilku dokumentów, w tym pełnomocnictwa uprawniającego pana Ygrek do reprezentowania Państwa Iks w procesie uzyskiwania pozwolenia na budowę, zadowoleni Inwestorzy opuścili pracownię projektową i udali się w kierunku parkingu.

- A pamiętasz Kochanie, jak zamiast tych dwóch zwykłych okien połaciowych w sypialniach na poddaszu pan Ygrek pokazał nam to takie… wiesz… jakby łamane okno, które można przekształcić w mini balkonik? No tu już przeszedł sam siebie!… - zagaiła swojego małżonka wyraźnie zadowolona Pani Iks, rozsiadając się wygodnie w fotelu ich jeszcze pachnącego nowością samochodu.

- Oczywiście, że pamiętam! Człowiek nawet nie miał pojęcia, że tak to wszystko poszło do przodu! Na szczęście trafiliśmy we właściwe ręce! Podobały mi się też te ogromne przeszklenia w ścianie szczytowej, które nam wrysował. Ależ to będzie wyglądać! Cała ściana od podłogi po dach w szkle! Miód – malina… Ci nasi sąsiedzi, Lambdowscy, to chyba na zawał zejdą jak ich już zaprosimy do naszego nowego domu! A niech tam…

- Tak w ogóle to Ci powiem, że wstyd mi było jak wypaliłam z tymi stu-czterdziestoma metrami na początku jak zapytał o powierzchnię… ale tak to wspólnie wcześniej wymyśliliśmy. Na szczęście pokazał nam, że jak chcemy mieć funkcjonalnie i wygodnie to trzeba jednak pójść w większy metraż. No i dobrze! Raz się żyje! A poza tym my w tym domu… to już wiadomo… dokończymy… żywota… Ale przynajmniej dla dzieci coś po nas zostanie albo dla wnucząt… A oni to już tam sobie według własnego uznania jakoś podzielą… - wycedziła nie bez trudu i z łezką wzruszenia pani Iks. – Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa!

- Ja też kochanie! Ja też… Teraz tylko trzeba trzymać kciuki za sprawność pana Ygreka. O projekt to ja jestem spokojny, bo widać, że to fachowiec nie byle jaki. Tylko żeby mu jeszcze w tych urzędach poszło w miarę sprawnie… - skonstatował z lekkim zamyśleniem Pan Iks.

… … …

Minął jakiś czas. Rzeczywiście pan projektant Ygrek sprawił się na wszystkich możliwych niwach i odcinkach. Koncepcja architektoniczna została opracowana dosłownie w kilka dni. Jakby wręcz jeszcze przed spotkaniem z Inwestorami, już wyczytał w ich myślach czego potrzebują i jak to ma wyglądać… Jakby miał to już wszystko wcześniej opracowane… Po akceptacji koncepcji, doprowadzenie projektu do formy pozwalającej na złożenie go w urzędzie też poszło bardzo sprawnie. Najwięcej czasu biedny pan Ygrek poświęcił na uzyskanie tych dodatkowych dokumentów aby uzupełnić wniosek: oświadczenia gestorów sieci, jakieś uzgodnienia z „lasami państwowymi”, przeboje z zakładem energetycznym… no i jeszcze woda… Niby takie to wszystko znane i przetrenowane ale zawsze przecież jest inaczej. Najważniejsze jednak, że w niespełna siedem miesięcy od pierwszego spotkania zaprosił Inwestorów na „uroczyste” przekazanie prawomocnej decyzji o pozwoleniu na budowę wymarzonego przez Państwa Iks domu. Wszystko dotąd szło jak z płatka! Wszyscy byli zadowoleni! Projektant Ygrek sprawnie wykonał swoją pracę, za którą odebrał godne wynagrodzenie, a dodatkowo zasilił swoje portfolio (i półkę na regale) kolejnym pięknym projektem. Otrzymał też piękną „laurkę” na swojej stronie „wuwuwu”, w postaci pisemnej opinii zadowolonych Inwestorów. Z kolei małżonkowie Inwestorzy otrzymali dwa egzemplarze projektu ich wymarzonego domu i prawomocną decyzję umożliwiającą im budowę.

Państwu Iks pozostało już tylko symboliczne postawienie kropki na „i”. A w zasadzie dwóch kropek. Pierwsza, chyba nieco trudniejsza – znalezienie dobrej, sprawdzonej, uczciwej i profesjonalnej (najlepiej przynajmniej w połowie tak profesjonalnej, jak pan Ygrek) firmy budowlanej i to w dodatku od „szkieletówki”. A druga kropka nad „i”, to w zasadzie formalność – finansowanie. Małżonkowie mieli co prawda odłożone około niespełna 300 tys. zł ale wiadomo, że coś trzeba będzie dobrać w banku. Tyle, że z ich zdolnością kredytową to będzie „bułka z masłem”…

I wtedy, nieoczekiwanie zaczęły się schody… i nie chodzi tu bynajmniej o to, że akurat w radio zagrali Stairway to Heaven Zeppelinów…

cdn.

PS.

Kto z Was zgadnie, jak ta historia mogła potoczyć się dalej?