CZĘŚĆ III
Im dłużej trwała budowa, tym częściej na placu dało się słyszeć nowy, specyficzny rodzaj westchnienia – takiego pomiędzy śmiechem a rozpaczą – któremu zwykle towarzyszyło jedno z czterech pytań: „a po co to?”, „kto to w ogóle wymyślił?”, „a jaki to ma sens?” albo, najkrócej i najboleśniej, „po co?”.
Adresatem tych pytań, choć nieobecnym fizycznie na budowie, był niezmiennie jeden człowiek: Pan Ygrek. Bo im głębiej w las, tym wyraźniej okazywało się, że jego pierwotna, efektowna wizja – ściana ze szkła od podłogi po sufit, dach o dwóch różnych kątach nachylenia „dla dynamiki bryły”, narożne okno bez słupka, bo „słupek by zabił kompozycję” – to w praktyce budowlanej seria osobnych, kosztownych łamigłówek, które ktoś musiał rozwiązać, a przede wszystkim ktoś musiał za nie zapłacić.
Kazimierz, przeglądający tego dnia po raz kolejny kosztorys dodatkowych prac, w pewnym momencie odłożył kalkulator, spojrzał na Romana i powiedział to, co – jak twierdził – chodziło mu po głowie od pierwszego dnia na tej budowie:
– Wiesz, Roman, mówiłem to już przy podpisywaniu umowy i powtórzę: trzeba było tym Państwu Iks najpierw przyjść do nas, a nie do projektanta. Papier wszystko przyjmie, ale potem ktoś to musi wykonać, a ktoś inny zapłacić... Szczerze mówiąc to ja im współczuję…
– Ano trzeba było przyjść ale co zrobisz jak nic nie zrobisz... Jak to się mówi: "buta nie zjesz" – mruknął Roman, opukując najbliższą deskę knykciami, jakby oczekiwał od niej potwierdzenia.
Zdanie to, wypowiedziane niby mimochodem, miało się jeszcze niejednokrotnie odbić echem w kolejnych tygodniach budowy – za każdym razem, gdy kolejny „autorski” detal z projektu Pana Ygreka okazywał się wymagać niestandardowego materiału, dodatkowej roboczogodziny albo zwyczajnie – więcej pieniędzy, niż ktokolwiek się spodziewał.
…
List od banku, choć napisany urzędowym, chłodnym językiem, poskutkował u Państwa Iks nocą przewracania się z boku na bok, porównywalną chyba tylko z tą sprzed decyzji o wyborze wykonawcy. Nazajutrz stawili się w placówce banku zaraz po otwarciu, zastając – ku swojemu zdziwieniu – dłuższą kolejkę niż zwykle, złożoną głównie z emerytów płacących rachunki.
- Super... - mruknął niby tylko do samego siebie Pan Iks
- nie mogli pójść do przychodni robić tłok?...
Okazało się jednak, że owo "do samego siebie" było stanowczo za głośne, bo czujne ucho sędziwego jegomościa w berecie, przez lata wyćwiczone w podsłuchiwaniu sąsiadów techniką "na szklankę", okazało się i tym razem bezbłędne.
- Panie, jak ci nie pasuje kolejka to idź pan gdzie na spacer, a kobitę pan zostaw tu zostaw i niech pilnuje! Przyjdź pan za pół godziny albo godzinę to będziesz pan miał wszystkie okienka do wyboru do koloru.
Pan Iks nieco speszony nic nie odpowiedział za to spuścił wzrok, a następnie, jakby od niechcenia odwrócił głowę. Na szczęście opłaty rachunków szły sprawnie i w niespełna 20 minut Państwo Iks już siedzieli na stanowisku nr 4 przed ich stałą doradczynią.
– Rzecz w tym – tłumaczyła doradczyni, ta sama, która zdążyła już poznać rodzinę Iksów niemal jak własną – że transze wypłacamy zgodnie z harmonogramem rzeczowo-finansowym. Państwo mieli mieć zamknięty stan surowy do końca maja, a rzeczoznawca, który pojedzie ocenić postęp prac, będzie porównywał to, co zastanie, z tym, co zadeklarowano we wniosku.
– Ale przecież mieliśmy opóźnienie nie z naszej winy – zaczęła Pani Iks. – Najpierw palowanie, potem ta pogoda i "powódź" w salonie... Co możemy poradzić, że tej wiosny tylko zimno i pada i zimno i pada..
– Rozumiem, ale dla banku liczy się stan faktyczny, nie przyczyny. Rzeczoznawca przyjedzie w czwartek.
Tu doradczyni zawiesiła głos, po czym dodała, ściszając nieco ton, jakby dzieliła się czymś, czego oficjalnie nie powinna:
– I szczerze mówiąc, warto, żeby Państwo byli obecni osobiście. Pan Grzegorczyk, nasz rzeczoznawca, jest... dokładny. Bardzo dokładny, żeby nie powiedzieć, że zachowuje się jak inspektor nadzoru.... A do tego – tu zawahała się jeszcze bardziej – ktoś w banku wspominał coś o „nietypowej inwestycji z basenem”. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale on jedzie już z pewnym nastawieniem.
Państwo Iks wymienili spojrzenia, w których błyskawicznie odnalazło się jedno nazwisko: Lambdowski.
...
W czwartek rano na plac budowy w Życi Wielkiej wjechało srebrne kombi. Z leciwego Passata, oczywiście wyposażonego w niezniszczalny silnik 1.9 TDI, który prawdopodobnie przejechał wszystkie kilometry, wysiadł mężczyzna w nienagannie odprasowanej kamizelce... odblaskowej. Uzbrojony we własną, elektroniczną taśmę mierniczą, tablet w twardej obudowie oraz – jak się szybko okazało – zdecydowanie sceptyczne nastawienie do wszystkiego, co zobaczy wkroczył pewnym krokiem na plac budowy.
– Dzień dobry. Grzegorczyk, rzeczoznawca. – rozejrzał się po placu, jakby liczył, ile domów da się tu jeszcze upchnąć. – Gdzie basen?
– Słucham? – zapytał Pan Iks.
– Basen. W... no... w dokumentacji miałem sugestię o... rozbudowanym programie funkcjonalnym i o basenie.
– Panie Szanowny… to jest sto trzydzieści metrów szkieletówki z poddaszem użytkowym. Basenu nie ma, nie było i, obiecuję, nie będzie, chyba że Pan liczy kałużę po majowej ulewie.
Rzeczoznawca, nieco zbity z tropu, postanowił nadrobić częściową „utratę twarzy” nadgorliwością w pomiarach. Tu jednak natrafił na przeciwnika, z którym nikt wcześniej się nie mierzył: Sokole Oko.
– Ta ściana ma odchylenie trzy milimetry na metr bieżący – oznajmił Grzegorczyk, patrząc w ekran swojego laserowego ustrojstwa.
– Po pierwsze: niemożliwe – odparł spokojnie pan Zenek, poprawiając okulary grube jak denko od słoika i unosząc własną, wysłużoną poziomicę, pamiętającą chyba jeszcze poprzedni ustrój. – Ja mierzyłem wczoraj i było nie więcej niż milometr! A jak wiadomo milometr – nie kilometr! A po drugie czym Pan to zmierzył?
– Panie, ja mam sprzęt elektroniczny, kalibrowany co pół roku... i ...
– A ja mam trzydzieści lat doświadczenia i poziomicę, której oczko nigdy nie kłamie, w przeciwieństwie do baterii w tej Pana chińskiej zabawce! - uciął krótko Zenek "Sokole Oko".
Wymiana zdań trwała dobre dwadzieścia minut i skończyła się remisowo – to znaczy obaj panowie zgodzili się, że się nie zgadzają, co skrupulatnie odnotowano w protokole.
Gorzej było z samym harmonogramem: stan surowy, w ocenie rzeczoznawcy, nie został zamknięty w stu procentach – brakowało pokrycia dachu na części budynku (wciąż czekano na Majstra - Dekarza, który w międzyczasie się rozchorował) oraz części obróbek blacharskich. A same obróbki, jak nieśmiało zauważył jeden z dekarzy z ekipy, i tak trzeba było zamawiać na wymiar, bo połacie dachu, zgodnie z projektem Pana Ygreka, miały dwa różne kąty nachylenia - dla wspomnianej "dynamiki bryły” - czego żaden katalog gotowych elementów blacharskich nie przewidywał.
– Muszę to zgłosić jako niezgodność z harmonogramem – oznajmił Grzegorczyk, chowając tablet. – Wypłata kolejnej transzy zostanie wstrzymana do czasu uzupełnienia dokumentacji fotograficznej po zakończeniu etapu.
– To znaczy ile to potrwa? – spytał Pan Iks, czując, jak żołądek zawiązuje mu się w supeł podobny do tych, które Szpaks robił ze swoich kabli przedłużaczy.
– Standardowo trzy tygodnie od zgłoszenia zakończenia etapu. Plus czas na weryfikację.
Trzy tygodnie bez transzy oznaczały trzy tygodnie, w czasie których trzeba było zapłacić ekipie z czegoś innego niż pieniądze banku. Państwo Iks spojrzeli po sobie tym samym spojrzeniem, którym patrzyli na siebie przy okazji poprzednich kryzysów – mieszaniną rezygnacji i uporu, który jak dotąd zawsze, choć boleśnie, wygrywał.
– Mamy jeszcze te odłożone na wykończenie – powiedziała cicho Pani Iks, gdy zostali sami. – Nie chciałam ich ruszać, ale...
– Wiem. Ja też o nich myślałem.
Tego samego wieczoru zadzwonili do Kazimierza, żeby ustalić, co dokładnie trzeba dokończyć, by dach mógł zostać uznany za zamknięty. Kazimierz, po chwili ciszy w słuchawce, w której było słychać odgłos przerzucanych kartek kalendarza i towarzyszący głębokiej koncentracji dźwięk przeżuwanej kanapki z salcesonem ozorowym i cebulą, odpowiedział:
– Da się przyspieszyć dekarza. Ba... da się nawet zamówić dodatkową ekipę na weekend. Tylko, że to, drodzy Państwo, będzie kosztować.
CDN
(chyba, że nie chcecie...)